Człowiek głęboko wierzący doskonale wie, jak "smakuje" Eucharystia i zdaje sobie sprawę jak bardzo boli gdy w pełni nie może w niej uczestniczyć.
Proces o stwierdzenie nieważności małżeństwa jest często wołaniem serca takiej osoby - chce wrócić do źródła łaski, chce żyć w pełni z Bogiem. Niekiedy przedmiotowy proces, daje możliwość zobaczenia i uświadomienia sobie, że to, co tak bardzo boli, nie jest wcale naszą winą czy zaniedbaniem a idąc dalej.. porażką.
Jeśli pojawiają się twarde przesłanki stwierdzające nieważność małżeństwa, człowiek uświadamia sobie, że historia ta prawdopodobnie od samego początku nie była sakramentalna.
Jest to nasza autentyczność i wiarygodność, którą przeżywamy i idziemy z tym razem z Panem Bogiem. Właśnie wtedy, możemy pięknie zaobserwować, że proces ten staje się nie sądem, lecz swoistym uzdrowieniem - niczym spowiedź generalna, całej historii życia.
A Kościół – wbrew temu, co się często myśli, nie jest wówczas swoistym sędzią.. Kościół słucha i pragnie doprowadzić do wolności w prawdzie. Zawsze powtarzam, że osoby które składają zeznania przed sądem kościelnym, ponoszą odpowiedzialność moralną (własnego sumienia). Jeśli ktoś będzie mówił nieprawdę co jest przecież ciężkim nadużyciem - nie będzie ponosił odpowiedzialność wyłącznie wobec sędziego, obrońcy węzła małżeńskiego czy adwokata kościelnego.. będzie ponosił odpowiedzialność wobec własnego sumienia a przede wszystkim Pana Boga. Nasze sumienie ma wpływ na to, czy mówimy prawdę — ale nie zastępuje obiektywnych dowodów i nie czyni małżeństwa ważnym lub nieważnym tylko dlatego, że „tak komuś się wydaje”.
Korzystając z naszej witryny zgadzasz się na stosowanie przez nas cookies
Polityka prywatności